Reklama
  • Wtorek, 25 października 2016 (15:00)

    Choroby serca

Co druga z nas ma zbyt wysoki poziom cholesterolu, nadwagę i za mało się rusza. A to znaczy, że połowa dorosłych Polek jest narażona na choroby układu krążenia. Nie zawsze udaje się im zapobiec, ale często można je wyleczyć. Bo przybywa nowych skutecznych i bezpiecznych metod terapii. Wybraliśmy pięć najbardziej innowacyjnych, dzięki którym twoje serce może wrócić do zdrowia.

Myślisz, że jako kobieta jesteś mniej narażona na choroby serca? Mylisz się! Owszem, przez lata panowało przekonanie, że problem dotyczy głównie mężczyzn, ale najnowsze badania dowodzą czego innego.

Reklama

Niestety, to my częściej z tego powodu umieramy (52 proc. kobiet, 41 proc. mężczyzn, reszta z innych powodów). Dlaczego? Przede wszystkim zbyt późna diagnoza. Bo chore serce wywołuje u nas nietypowe symptomy.

Zawał u mężczyzn objawia się piekącym i promieniującym do lewej ręki lub żuchwy bólem w klatce piersiowej. U kobiet częściej występuje uczucie słabości, duszność i bóle w nadbrzuszu. Nie kojarzymy tych symptomów z sercem, więc bagatelizujemy ryzyko.

Szczególnie wzrasta ono po menopauzie, kiedy w organizmie obniża się poziom estrogenów, które chronią naczynia krwionośne, sprawiając m.in., że są one bardziej elastyczne.

Zagrożenie chorobami układu krążenia dotyczy też młodszych kobiet (przed 50. rokiem życia), które palą papierosy, mają nadwagę, przyjmują pigułki antykoncepcyjne (zwiększają krzepliwość krwi) i są zestresowane.

Nigdy nie byłaś u kardiologa? Prawdopodobieństwo, że jednak trafisz do specjalisty, jest spore również dlatego, że żyjemy coraz dłużej (przeciętna Polka prawie 82 lata). Postanowiłyśmy więc sprawdzić, na co możemy liczyć jako pacjentki. Jakie nowe metody leczenia oferuje dzisiaj medycyna. Razem z ekspertami wybraliśmy najbardziej przełomowe i obiecujące.

Część z nich już od kilku lat jest dostępna w Polsce, inne dopiero debiutują w naszych szpitalach. Wiele w niedalekiej przyszłości będzie standardem w leczeniu chorób serca.

Tabletki przeciwzakrzepowe

Jak działają: nowe doustne antykoagulanty, bo tak są nazywane, to grupa leków (m.in. dabigatran, riwaroksaban, apiksaban), które rozrzedzają krew i w ten sposób zapobiegają powstawaniu zakrzepów mogących spowodować zator płucny, zawał serca czy udar mózgu.

Dla kogo są przeznaczone: dla osób z zakrzepicą żył głębokich, migotaniem przedsionków, po udarze (albo zapobiegawczo przed wystąpieniem pierwszego).

Dotychczasowa terapia: stosowane od wielu lat leki starszej generacji, tzw. antywitaminy K (warfaryna i acenokumarol) również zmniejszają krzepliwość krwi, ale trudno uzyskać stałe ich stężenie w organizmie. Może się ono wahać, np. pod wpływem jedzenia niektórych produktów (żółtego sera, zieleniny).

Efekt? Nawet 60–80 proc. pacjentów przyjmujących te leki ma niewłaściwy poziom krzepnięcia krwi.

Ryzyko: zbyt duże stężenie leku grozi wylewem krwi do mózgu, a zbyt małe wystąpieniem zakrzepu. Dlatego osoby przyjmujące środki starszej generacji muszą raz na dwa, trzy tygodnie, a czasem częściej wykonywać badania sprawdzające krzepliwość.

Przewaga nowej terapii: stężenie leku jest stałe (nie zmienia się pod wpływem jedzenia ani innych farmaceutyków). Dlatego chorzy nie muszą tak często wykonywać badań krzepnięcia krwi. A ryzyko wystąpienia powikłań w postaci krwawień do mózgu jest istotnie mniejsze.

Dostępność: nowe doustne antykoagulanty można kupić od 2008 (dabigatran) roku wyłącznie na receptę. Terapia jest refundowana w przypadku pacjentów z zakrzepicą żylną i chorych po zabiegach chirurgicznych. Osoby, które powinny długofalowo stosować leki przeciwkrzepliwe (np. jako profilaktykę udaru mózgu w przypadku migotania przedsionków), niestety muszą zapłacić za nie pełną cenę (ok. 100 zł miesięcznie lub więcej).

Ekspert: prof. Artur Mamcarz, kierownik III Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii WUM.

Środki na tzw. zły cholesterol

Jak działają: inhibitory PCSK9 to grupa leków obniżających stężenie we krwi tzw. złego cholesterolu (LDL), który odkładając się w ścianach naczyń krwionośnych, powoduje ich stwardnienie i zwężenie (miażdżycę), co zwiększa ryzyko zawału serca czy udaru mózgu.

Dla kogo są przeznaczone: dziś głównie dla osób z wrodzonymi zaburzeniami metabolizmu cholesterolu LDL (tzw. rodzinna hipercholesterolemia występująca u jednego na 200–500 dorosłych Polaków). Także dla pacjentów, u których statyny (najczęściej stosowane leki obniżające poziom LDL) nie działają dość skutecznie lub wywołują efekty niepożądane (u ok. 10–15 proc. leczonych), np. bóle mięśni.

Dotychczasowa terapia: statyny. Stosuje się je od ok. 30 lat. To jedne z najczęściej wypisywanych na świecie leków na receptę, bo problem zbyt wysokiego poziomu cholesterolu jest powszechny (w Polsce dotyczy ok. 18 mln dorosłych). A kardiolodzy nie mają wątpliwości, że jego obniżenie zmniejsza ryzyko wystąpienia zawału czy udaru. Z badań wynika, że spadek LDL o 30 mg/dl (normą dla osób z miażdżycą jest poniżej 70 mg/dl) zmniejsza ryzyko chorób serca o około 30 procent. Statyny zażywa się w tabletkach, które należy łykać codziennie.

Ryzyko: skuteczność i bezpieczeństwo działania statyn udowodniono w wielu długoterminowych badaniach przeprowadzonych z udziałem milionów pacjentów. Ale jednocześnie testy wykazały, że u niektórych terapia nie przynosi wystarczających efektów i może wywoływać działania niepożądane (patrz: Dla kogo są przeznaczone).

Przewaga nowej terapii: leki bardziej obniżają stężenie złego cholesterolu (nawet o 60 proc., czasem do poziomu poniżej 55 mg/dl) także u osób, u których do tej pory to się nie udawało. Dzieje się tak, ponieważ te środki mają inny mechanizm działania niż statyny: blokują białko PCSK9 (stąd ich nazwa), które ogranicza zdolność wątroby do usuwania z krwi cholesterolu LDL.

Wada? Podaje się je w zastrzykach, ale tylko raz lub dwa razy w miesiącu. Dostępność: od roku zarejestrowane są w Unii Europejskiej dwa leki z tej grupy: ewolokumab i alirokumab, ale w kolejce czekają następne. Teoretycznie możemy już je stosować.

W praktyce zażywają je pacjenci, którzy biorą udział w badaniach klinicznych i nie muszą płacić za leczenie. Bo jest to terapia droga, kosztuje ok. 2–2,5 tys. zł miesięcznie (statyny kilkanaście złotych). Dobra wiadomość? Ceny te będą spadać, ponieważ leki innowacyjne z czasem tanieją.

Ekspert: prof. Artur Mamcarz, kierownik III Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii WUM.

Stenty, które znikają

Jak działają: to niewielkich rozmiarów implanty przypominające sprężynki, które wszczepia się do zwężonych przez miażdżycę tętnic, by znowu stały się drożne, dzięki czemu do serca dociera więcej krwi.

Dla są kogo przeznaczone: najnowszej generacji stenty bioresorbowalne (rozpuszczające się) najlepsze efekty dają u młodszych osób (do 65 lat), które mają pojedyncze zmiany w naczyniach, a gromadząca się w nich blaszka miażdżycowa jest jeszcze miękka.

Dotychczasowa terapia: od wielu lat stenty są sprawdzoną metodą leczenia choroby wieńcowej (polega ona na rozwoju miażdżycy w tętnicach wieńcowych, ich zwężeniu, a w konsekwencji niedostatecznym ukrwieniu serca). Klasyczne są wykonane z metalu. Od początku XXI wieku coraz częściej wszczepia się stenty uwalniające leki, które zmniejszają ryzyko zwężania się naczynia podczas gojenia.

Ryzyko: każdy stent jest ciałem obcym, dlatego jego obecność w organizmie może prowadzić do powstania zakrzepu lub ponownego zwężenia się naczynia w tym miejscu. Dodatkowo stenty metalowe usztywniają ściany tętnicy, co sprzyja rozwojowi miażdżycy.

Przewaga nowej terapii: stenty najnowszej generacji mają podobną budowę do stentów metalowych, ale są wykonane z polimerów (najczęściej z polimleczanów), które z czasem (od 2 do 4 lat) rozkładają się na obojętne dla zdrowia substancje: wodę i dwutlenek węgla. Po wykonaniu swojego zadania (rozszerzeniu naczynia i zmniejszeniu objętości blaszki miażdżycowej) znikają. Zmniejsza to ryzyko powikłań związanych z wieloletnią obecnością ciała obcego w organizmie.

Dostępność: tego typu stenty stosowane są w Polsce od kilku lat. Do tej pory otrzymało je ok. 9 tys. osób. Zabieg nie jest refundowany przez NFZ, wykonuje się go w ramach procedury wszczepienia tańszych stentów klasycznych, dlatego wybór metody zależy od finansów szpitala. Odpłatnie dostępne są tylko w kilku placówkach prywatnych (np. w Polsko-Amerykańskich Klinikach Serca, wszczepienie jednego stentu kosztuje 6 tys. zł).

Ekspert: prof. Robert Gil, kierownik Kliniki Kardiologii Inwazyjnej w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSW w Warszawie.

Rozrusznik

Jak działa: pobudza serce do szybszego bicia, dzięki czemu zapobiega utratom przytomności, zasłabnięciom, zawrotom głowy, spowodowanym niedostatecznym dopływem krwi do mózgu.

Dla kogo jest przeznaczony: wszczepia się go osobom, które nie mogą mieć standardowego rozrusznika, np. z powodu niedrożności żył, co uniemożliwia wprowadzenie do serca elektrody. Albo gdy standardowy stymulator został usunięty z powodu zakażenia.

Dotychczasowa terapia: klasyczny rozrusznik (wielkości połowy pudełka od zapałek) składający się z generatora impulsów z baterią (umieszczany poniżej obojczyka w specjalnie utworzonej pod skórą „kieszonce”) oraz elektrod wprowadzanych przez żyłę do serca, które łączą je z generatorem.

Ryzyko: u ok. 10 proc. pacjentów z tradycyjnym rozrusznikiem mogą pojawić się powikłania, z których najgroźniejsze to infekcje, np. zapalenie wsierdzia, czyli infekcja bakteryjna błony wyściełającej jamy serca, zakażenie kieszonki, przetoka zagrażająca wydostaniu się urządzenia przez skórę na zewnątrz.

Przewaga nowej terapii: przede wszystkim mniej powikłań – nawet o 70 proc. To pozytywny skutek braku elektrod oraz miniaturyzacji samego urządzenia – jest o połowę krótsze od baterii typu „minipaluszek” i waży 2 gramy (dziesięć razy mniej od klasycznego rozrusznika). Składa się tylko z jednego elementu wszczepianego do serca przy użyciu cewnika, wprowadzanego przez żyłę udową (zabieg trwa niespełna pół godziny). Nie ma konieczności tworzenia kieszonki pod skórą klatki piersiowej, dlatego nie widać, że pacjent ma wszczepione urządzenie.

Dostępność: na świecie miniaturowy rozrusznik serca jest stosowany od 2014 roku. Do tej pory otrzymało go ok. 2 tys. pacjentów. W Polsce od stycznia tego roku wszczepiono go ponad 20 pacjentom (zabieg refunduje NFZ wyłącznie na indywidualny wniosek lub koszt zakupu i wszczepienia pokrywa szpital ze swoich środków). Tego typu operację wykonuje tylko kilka szpitali w kraju, m.in. I Klinika Kardiologii UM w Poznaniu i Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu (w żadnej z tych placówek nie można wykonać go odpłatnie).

Ekspert: dr hab. Przemysław Mitkowski z I Kliniki Kardiologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Operacja zastawek

Jak działają: polegają na wymianie zwężonej aortalnej zastawki serca (zabieg TAVI) lub naprawie niedomykalnej zastawki mitralnej (zabieg z wykorzystaniem systemu MitraClip lub innego), co poprawia ukrwienie organizmu, w efekcie ogranicza zbyt szybkie zmęczenie, duszności, bóle dławicowe (w klatce piersiowej) i zapobiega rozwojowi niewydolności serca.

Dla kogo są przeznaczone: dla osób ze zwężeniem zastawki aortalnej (to najczęstsza wada serca u osób po 65. roku życia) lub niedomykalnością zastawki mitralnej (dotyczy ok. 1 proc. z nas), u których wykonanie operacji jest zbyt ryzykowne, bo cierpią też na inne schorzenia (np. niewydolność nerek, nadciśnienie płucne). Są to z reguły starsi pacjenci – w przypadku TAVI po 75., a MitraClip po 60. roku życia.

Dotychczasowa terapia: jeśli zastawka została trwale uszkodzona, niestety leczenie farmakologiczne nie przynosi efektów. W takim przypadku skuteczny jest wyłącznie zabieg. Dziś standard to operacja polegająca na otwarciu klatki piersiowej, zatrzymaniu akcji serca i wszczepieniu choremu nowej zastawki lub naprawieniu starej.

Ryzyko: u wielu pacjentów po klasycznej operacji kardiochirurgicznej dochodzi do powikłań, m.in. krwawień (np. z mostka), zakażenia rany operacyjnej, bakteryjnej infekcji wsierdzia, niewydolności nerek czy zatorowości płucnej.

Przewaga nowej terapii: oba zabiegi są małoinwazyjne. Polegają na nacięciu skóry w okolicach pachwiny i wprowadzeniu przez tętnicę udową (TAVI) lub żyłę udową (MitraClip) cewnika, czyli giętkiej rurki. Na jej końcu znajduje się nowa zastawka albo metalowa zapinka pokryta materiałem zapobiegającym powstawaniu skrzeplin. Po doprowadzeniu cewnika do serca zastawka jest uwalniana, mocuje się między lewą komorą i aortą. Natomiast zapinka (wygląda jak klips o długości ok. 1 cm) chwyta dwa płatki zastawki mitralnej i je łączy. Oba zabiegi trwają około 2 godzin i są wykonywane w znieczuleniu ogólnym lub w sedacji (chory jest przytomny i można z nim rozmawiać).

Pacjent po kilku dniach opuszcza szpital, a po 2–3 tygodniach odczuwa poprawę samopoczucia. Zabiegi małoinwazyjne mają mniej powikłań niż klasyczne operacje. W przypadku TAVI występują one o połowę rzadziej, najczęstsze to krwawienia w miejscu wkłucia lub w naczyniach, przez które wprowadzono cewnik (u kilkunastu procent pacjentów). Może też wystąpić m.in. arytmia, konieczność wszczepienia rozrusznika serca. Po zabiegu MitraClip do powikłań dochodzi u ok. 8 proc. pacjentów, są one podobne jak w przypadku TAVI.

Dostępność: zabiegi TAVI są wykonywane w Polsce od 2008 roku. W ubiegłym roku tą metodą zoperowano 670 osób (refunduje ją NFZ). Nie jest dostępna odpłatnie. Więcej informacji o kwalifikacji do zabiegu i listę 21 ośrodków, w których są one wykonywane, znajdziesz na stronie: stawkatozycie.pl System MitraClip stosuje się w Polsce od 6 lat. Klips wszczepia się co roku ok. 40 osobom. Zabiegi wykonuje tylko kilka ośrodków (są refundowane przez NFZ, nie ma możliwości zoperowania się odpłatnie), m.in. Instytut Kardiologii w Warszawie, Klinika Kardiologii WUM, Centrum Chorób Serca w Zabrzu, szpitale uniwersyteckie w Bydgoszczy, w Katowicach- Ochojcu, szpital wojskowy we Wrocławiu, szpital im. Jana Pawła II w Krakowie.

Ekspert: prof. Adam Witkowski, kierownik Kliniki Kardiologii i Angiologii Interwencyjnej w Instytucie Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Izabela Filc-Redlińska

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.